- Słuchaj, Misiek żyje.....
- Jakim cudem niby on żyje co? Kuraś nie musisz mnie okłamywać...- zacięła się, bo do oczu podeszły jej łzy, lecz zaraz kontynuowała- Straciłam go.. Nie wiem jak to przeżyję, ale...- nie dokończyła, bo wkurzony przerwałem
- Marika do cholery jasnej! Ja nie kłamię, nigdy Cię nie okłamałem i nie zamierzam! On na prawdę żyje, lekarze mówili, że tylko cud sprawi, że znów będzie żył, ale wystarczyło żebyś ty mu coś powiedziała...- mówiłem coraz mniej zdenerwowanym głosem.
Ona nadal płakała, niestety nie wiedziałem czy ze szczęścia (że Michał żyje) czy ze smutku..
Widziałem, że nie miała zamiaru niczego mówić, ale musiałem ją zapytać:
- A tak właściwie to coś ty mu powiedziała co?
- ...
- No Marika, jeśli nie powiesz tego mi, będziesz się tłumaczyła swojemu bratu dlaczego chciałaś odebrać sobie życie- powiedziałem mrużąc lekko oczy i śmiejąc się
- A idź ty Kurek. Szantażujesz mnie- tym razem uśmiechnęła się, lecz z wielkim trudem i na przymus
- A co innego mam zrobić, skoro nie chcesz mówić
- No ale ja...
- Dobra nie musisz gadać. Idę po Kamila
- Dobra.. Już dobra. Chodź tu- powiedziała i pokazała miejsce obok siebie, na łóżku.
Grzecznie usiadłem i słuchałem jej opowieści.
Ej chwila.. Czyli, że ona mu tylko powiedziała, że nie wie dlaczego go odrzuciła i że go kocha......Chwila.... Że co??!!! Ona go kocha??!!! I czemu nic nie mówiła, ani mi, ani Kubiakowi? Może powiedziałaby gdyby się dłużej znali.. Ale z tg co wiem to Dziku też ją kocha... Nie czaje tej dwójki...
- Barteeek... A o czym ty tak myślisz, co?- z zamyślenia wyrwała mnie Riki
- Co? Yyyy sorki. O niczym, zmęczony trochę jestem
- Powiedzmy, że Ci wierzę. A skoro takiś ty zmęczony to jedź do domu
- Ciekawe czym mam tak pojechać? Może sobie na miotle polecę
-Ha ha haaa. Bardzo śmieszne. A o ile się orientuję w tym szpitalu pracuje twoja kuzynka... Jest 15 więc zaraz powinna się tu zjawić, to ją poprosisz...- uśmiechnęła się, ale to znowu nie był szczery uśmiech, widziałem, że cierpi...
- No właśnie to nie jest dobry pomysł. Ola tu pracuje, ale nie odzywamy się do siebie od kilku lat. Nie będę mówił czemu, bo to bez sensu...
Nagle do pokoiku weszła ONA. Myślałem, że zaraz rzucę się na nią i gołymi rękoma uduszę. Choć może przesadzam. Ale w końcu to ona zniszczyła mi życie. To przez nią Kaśka- moja była- ze mną zerwała. Bo Olka wmówiła jej, że ją zdradzam. Pomyślałem, że to bez sensu się gniewać tyle lat i gdy wychodziła z pokoju zatrzymałem ją. Szczerze przeprosiłem, chodź wiedziałem, że to za mało. Po chwili milczenia rzuciła mi się na szyję...
- Nie Bartek, to ja przepraszam. Ty nie masz za co. To ja przyczyniłam sie do twojego zerwania z Kaśką, po prostu byłam zazdrosna, bo to była moja przyjaciółka i gdy zaczęła się z tobą spotykać nie mieliście już dla mnie czasu. Proszę wybacz mi.
- Wybaczam- odsunąłem ją od siebie, uśmiechnąłem się, po czym otarłem jej łzy i znowu przytuliłem
*****
- Ooooo jak słodko..- na chwilę zamilkłam, ale kontynuowałam, bo chciałam żeby Bartuś już sobie do domu poszedł- Dobra koniec tej czułości! Olka- skierowałam wzrok na Kurkową- Mam prośbę... Teraz... W tej chwili masz mi Bartosza do domu odwieść
- Okej. Z chęcią- powiedziała z uśmiechem Ola
Bartek się upierał, że zostanie, ale w końcu powiedziałam młodej (bo miała 20 lat) żeby go wyciągnęła jak najszybciej, bo już mam dość tej jego mordki. Zaśmiała się tylko i wykorzystała moment w którym Bartek myślałam i wypchnęła go z sali.
Po dłuższej chwili wyjrzałam przez okno, znajdujące się obok łóżka i zobaczyłam jak wsiadają do samochodu i odjeżdżają.
Chciałam wstać ze szpitalnego łoża, ale zatrzymały mnie kabelki i igły powbijane w ciało. Próbowałam je powyciągać, poodczepiać, ale nie mogłam, moja ręce powoli odmawiały posłuszeństwa... Położyłam się z powrotem, zrezygnowana, ale zaraz kontynuowałam 'uwalnianie się'
***W tym czasie u Miśka Kubiaka***
- Dzień dobry Panie Kubiak. Jak się Pan czuje?
- Dzień dobry. Trochę lepiej, ale boli mnie głowa i wszystko od środka...
- No dobrze. Za jakiś czas przyjdę tu i zabiorę Pana na badania- powiedział lekarz na odchodnym. Już zamykał drzwi, ale jeszcze na chwilę go zatrzymałem.
- Chwila!!- z dość dużymi problemami krzyknąłem, to nie był dobry pomysł, bo zacząłem ciężko oddychać- Bo mam pytanie, mianowicie to była tutaj może taka dziewczyna?: ciemne włosy, oczy także, blade usta....- chciałem opisywać dalej, ale lekarz przerwał
- A jak się nazywa jeśli można wiedzieć? Bo po wyglądzie to Panu nie powiem
- Tak... Marika... Marika Stoch- gdy wypowiadałem te słowa, chciałem płakać jak małe dziecko, ale sie powstrzymałem
- Była tutaj, ale niestety nie można jej tutaj sprowadzić, bo pewnie o to Panu chodzi. Leży niedaleko, w jednej z sal. Niestety nie mogę podać Panu szczegółów, ponieważ nie jest Pan nikim z rodziny. Przykro mi..- powiedział zdecydowanie i po prostu wyszedł
Matko co jej się stało? A co jeśli ona sobie coś zrobiła, jeśli ona nie żyje? Co ja zrobię bez niej? Wiem, że się pogodzimy. A wgl ja podobno na jakiś czas kopnąłem w kalendarz, choć mimo to słyszałem jej głos.. mówiła, że mnie kocha. Nie wiem czy to prawda, czy może sobie to wymyśliłem. No trudno... Ale co jej się stało? Szkoda, że mi nikt nie odpowie na te pytania. Gdybym tylko mógł sie podnieść, poszedłbym jej szukać...
*****
Kurde te pieprzone kabelki i igły są nie do pokonania. Pozostaje poprzecinać kabelki i powyrywać igły. No dobra to zaczynam. Raz się żyje... Aaaaałłłaaaa kurwa to nie był dobry pomysł, ale przynajmniej teraz jestem wolna i mogę iść do sali 24, w której leży Michał. Kurde nie wierzę, że on tak nagle żyje. Nie ważne idę...- wyszłam z pokoju i kierowałam się do sali 24. Lekarze krzyczeli, kazali wracać do pokoju, ale ich nie słuchałam, miałam ich głęboko w......w nosie. Z impetem weszłam, a raczej wpadłam do sali. Zobaczyłam Kubiaka, spał
Widzę, że oddycha, czyli jednak żyje. Bartek miał rację, a ja mu nie wierzyłam. Przy najbliższej okazji go przeproszę....- pomyślałam, po czym podeszłam do łóżka, nachyliłam się nad Kubiakiem i pocałowałam w policzek i tak szybko jak tylko potrafiłam, usiadłam na krześle obok.
Po chwili zobaczyłam jego cudne oczy, chciałam widzieć je codziennie. Teraz wiem, że na prawdę go kocham...
- Marika... Lekarz coś mówił, że leżysz tu w szpitalu, ale to chyba nic poważnego skoro tu przyszłaś. Co się stało?
- Michał. Będę z tobą szczera. Gdy lekarze powiedzieli, że Cię straciliśmy, nie chciałam dalej żyć. Powiedziałam Kurkowi, że idę się ogarnąć do łazienki, ale gdy tam weszłam...- zawahałam się, czy mu to powiedzieć, nie wiedziałam jak zareaguje, zobaczyłam jak patrzy na mnie pytającym wzrokiem, więc niepewnie kontynuowałam- gdy weszłam zbiłam jedno z luster i podcięłam sobie żyły
- Że co??!! Czyś ty do reszty ochu..... oszalałaś???!!!
- Ale zrobiłam to, bo gdy usłyszałam o twojej śmierci moje życie straciło sens!
- Ale od razu żeby sobie życie odbierać?! Dlaczego? Beze mnie byłoby Ci łatwiej - nie uzyskał odpowiedzi więc kolejny raz spytał- Pytam sie dlaczego?!
- Bo Cię kocham idioto!!!!- krzyknęłam tak głośno aby to do niego dotarło, ale tak cicho żeby nikt nie przyszedł
- Czy ja dobrze słyszałem?? Ty mnie kochasz?- pytał z niedowierzaniem
Nie odpowiedziałam, tylko usiadłam obok niego i pocałowałam go, lecz szybko się od niego 'oderwałam' i powiedziałam:
- Przepraszam Cię... Przepraszam Cię za to, że Cię odtrąciłam, już wtedy Cię kochałam, w środku byłam na siebie niezmiernie zła.. No i też nie byłam pewna czy by nam wyszło, bo znamy się krótko, zaledwie kilka dni... Wiesz jak to jest... Ja tylko... Jeszcze raz- nie dokończyłam, bo Dziku wpił się w moje wargi i położył mnie obok siebie... Ta chwila nie trwała zbyt długo, bo do pokoiku wszedł lekarz, a za nim Kuraś
- Panno Stoch!! Co to ma być?!- zapytał wkurzony lekarz i pokazał poprzecinane kabelki i igły
- No bo Panie doktorze ja chciałam przyjść do Michała, a przez ten szajs nie mogłam się ruszyć, to poprzecinałam te takie- pokazałam na kable- i powyrywałam igły. Pan wybaczy, ale nie mogłam tam tak siedzieć i myśleć "jakim cudem on żyje, to nie możliwe... a może jednak możliwe"...
- No dobrze. Ale czy Pani wie co się mogło stać??- ja tylko przytaknęłam, a doktor zadał kolejne pytanie- A w ogólne, to jak się Pani udało to zrobić? Ręce przecież z powodu utraty krwi nie powinny reagować na polecenia mózgu...
- Na początku ledwo co nimi ruszałam, a potem zabrałam się za uwalnianie z tg dziadostwa. Ręce odmawiały posłuszeństwa, najbardziej lewa. Prawą jakos udało mi sie rozmasować lewą rękę, a potem zrobiłam na odwrót i kontynuowałam...- powiedziałam dumna i uśmiechnęłam się do Miśka.
Pan doktor nic nie powiedział tylko się ze mnie śmiał, powiedział Michałowi, że ma jeszcze zostać w szpitalu na obserwację, bo badania wykazały, że jest w porządku, ale jeśli chce to może wziąć wypis na własne życzenie, tak samo jak ja i wyszedł.
Kurek zrobił awanturę, że coś poważnego mogło mi się stać i wgl. Gdy odwrócił się z strone okna, ja i Dziku skorzystaliśmy z okazji i zaczęliśmy się całować, położył mnie na sobie, nie odrywając się ode mnie... Minęło trochę czasu, a ja poczułam na sobie czyiś wzrok, oderwałam się od mojego Miśka i spojrzałam na Kurka. Gapił się na nas i się śmiał...
- No i z czego rżysz?- zapytałam i zczołgałam się z Dzika
- Z Was. Bo jeszcze kilka dni temu sie nie znaliście, a teraz świata po za sobą nie widzicie
- Zazdrościsz, bo ja mam taką ładną, mądrą... w ogóle idealną dziewczynę a ty nie- wtrącił Dziku i wystawił język do Kurka
- Dzikuuuu! To było troszkę wredne, ale dziękuję. Ale nie dostaniesz żołędzia- powiedziałam, a Kurek już prawie sikał ze śmiechu, ciekawe co w tym było aż tak śmiesznego
- Wara mi od moich żołędzi!!!- krzyknął i zaczął mnie łaskotać
Po kilku godzinach
Kurek załatwił nam wypis ze szpitala. Jak szybko tylko się dało opuściliśmy szpital i udaliśmy sie do samochodu Kurka. Odwiózł nas do domu Kubiaczka, bo ten stwierdził iż powinniśmy na jakiś czas zamieszkać razem... Przez jakis czas nie chciałam się zgodzić, ale stwierdziłam, że może być fajnie, więc się zgodziłam. Rzeczy miałam przy sobie, bo oczywiście mój braciszek przywiózł mi ich jakbym miała zostać w szpitalu przez pół roku.
Weszliśmy do domu. Ja od razu wzięłam piżamę i poszłam do łazienki. Od razu przypomniał mi się rzygający Dzik, nie było to może super wspomnienie, ale ważne, że z moim ukochanym...
Po 20 minutach wyszłam i od razu skierowałam się do sypialni gdyż już obgadałam z moim chłopakiem, że śpimy razem.. Położyłam sie na wielkim łożu (no jak to łóżko siatkarza, duże musiało być) Po kilkunastu minutach poczułam jak obok mnie kładzie się mój kochany Dziczek. Odwróciłam się do niego przodem i wtuliłam się w michałowy tors. W jego ramionach usnęłam bardzo szybko.
Obudziłam się o 10.00.. w takiej samej pozycji w jakiej zasnęłam. Po kilku minutach zaczął dzwonić mój telefon, dobrze, że Misiu nie spał, bo byłby wkurzony, że go ktoś budzi. Pobiegłam po telefon i zobaczyłam na wyświetlaczu zdjęcie Kamila
- Halo
-Młoda szybko jedź to szpitala, z którego nie dawno wróciłaś. Ewka rodzi!!!
-No dobra już jedziemy
- My?
- Opowiem Ci jak przyjade
Rozłączyłam sie i pogoniłam Miśka, żeby sie szybko zbierał i jedziemy z powrotem do szpitala, bo żona Kamila rodzi i kazał przyjechać. Oboje szybko się zebraliśmy i po kilkunastu minutach byliśmy już z Kamilem. Denerwował się za nas wszystkich...
Gdy już było po wszystkim lekarz o dziwno pozwolił wejść do niej nam wszystkim. Jak zobaczyłam Małą chciałam podbiec, wziąć ją i przytulić, ale to zostawiłam tatusiowi- Kamilkowi.
Wszyscy sie cieszyli więc uznałam, że ten moment jest dobry, żeby powiedzieć świeżoupieczonym rodzicom o mnie i Michale
- Kamil... Ewka.. Mamy wam cos do powiedzenia- przerwałam i spojrzałam na Miśka, dał znak głową żebym mówiła- Ja mi Michał jesteśmy ze sobą!!
Ewa nas wyprzytulała za wszystkie czasy, ale Kamil nie zareagował
- Kamilku, kochanie co Ci jest? Pogratuluj nowej parze- powiedziała Ewcia
- Nie, nie będę im gratulował
- Bo?
- Bo nie
-Ale kurde nie podałeś powodu, gadaj!
-No bo.....
_________________________________________________________________________
Sorki za taka przerwę, ale nie miałam weny i zwątpiłam czy komus to się podoba.
Jeśli ktoś to czyta, to zostawcie po sobie komentarz. Bo nie wiem czy mam kontynuować pisanie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz